"paniepanowiepanie!" Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że jeżeli chodzi o Panów Waglewskich nie jestem w stanie być obiektywny. Ich twórczość pod wszelkimi postaciami i we wszystkich możliwych układach jest mi wyjątkowo bliska i niezmiernie ważna. Nie jestem w stanie wspomnieć wszystkich dokonań Panów, więc wybór będzie mocno subiektywny.Ale od początku…
Pan Wojciech Waglewski. Postać, którą bez wątpienia powinien rozpoznawać każdy odbiorca muzyki pochodzącej z naszej rodzimej sceny muzycznej. Wybitny gitarzysta, tekściarz, lider i założyciel Voo Voo, dyrektor artystyczny Męskiego Grania w latach 2010-2011. Z jego twórczością miałem styczność praktycznie od zawsze. Mniej, lub bardziej świadomie. Postać od zawsze poważana i słuchana w moim domu. Większość jest pewnie w stanie skojarzyć Wojciecha Waglewskiego z Fiszem (Bartosz Waglewski) i Emade (Piotr Waglewski). Synowie Pana Wojtka również zajmują się tworzeniem muzyki, w ich przypadku w bardzo szerokim zakresie.
W wywiadach Fisz i Emade pytani o początki, zawsze z uśmiechami wspominają młodzieńcze fascynacje ciężkimi brzmieniami, skórzane kurtki i koszulki Anthraxu ( http://www.youtube.com/watch?v=2wgAO2423MQ ). Jednak Bracia poszli w zupełnie innym kierunku, rozpoczynając przygodę z muzyką „na poważnie”. Hip hop. Emade, wtedy jeszcze Dj M.A.D. zajął się klejeniem bitów na przedpotopowym komputerze, a Fisz zaczął pisać pierwsze zwrotki. Od początku nie był to czysty hip hop, przy mocno jazzujących Emadowych bitach z lirycznymi i bardzo osobistymi tekstami Fisza. Tak przez RHX, dwie płyty Fisza, Panowie dotarli do projektu znacznie bardziej organicznego, z pogranicza jazzu, chilloutu i hip hopu. Tworzywo Sztuczne. Niesamowity twór. Kto nie miał okazji posłuchać, pozycja obowiązkowa - Fisz Emade, jako Tworzywo Sztuczne - F3 (2002). Po drodze unikatowe Basissters Orchestra (2006) (z Wojtkiem Mazolewskim), producencki album Emade (2003), aż do jednej z najważniejszych i najbardziej zdartych wśród moich płyt. Fisz Emade - Heavi Metal (2008). Absolutne wyżyny unikatowych samplerowych brzmień wymieszane z oryginalną warstwą liryczną. Emade po raz kolejny pokazał, że jest wybitnym i niezwykle pomysłowym producentem, tak na Heavi Metalu, jak i na dwóch albumach Projektu Ostry Emade (POE) w 2005 i 2010.
Rok 2008. Absolutnie niespodziewanie Fisz i Emade ogłaszają powstanie projektu Kim Nowak. We współpracy z Michałem Sobolewskim z Tworzywa nagrywają dziki, przesterowany, gitarowy album. Projekt doczekał się godnej kontynuacji. W 2012 pojawił się Wilk. Znacznie bardziej dojrzały, klimatyczny, chwytliwy album. Moim zdaniem, bez wątpienia najlepszy polski album ubiegłego roku. Bijąca energia, kapitalne koncerty. Fisz z basem wykrzykujący do staroszkolnego mikrofonu, wióry z pałek perkusyjnych wokół Emade i światowej klasy riffy Sobolewskiego, przywołujące na myśl Black Keys, czy miejscami Rage Against The Machine. Materiał świetny.
Czy liryczno - gitarowy Ojciec może znaleźć wspólny język z hiphopowo - garażowymi Synami ? Oczywiście. W 2008 roku ukazuje się Męska Muzyka, jako Waglewski Fisz Emade. Perełka. Bardzo męska, a zarazem delikatna, ze świetnymi tekstami Pana Wojtka i Fisza. Kolejna z ważnych pozycji na mojej półce. Gdy dowiedziałem się, że współpraca całej trójki będzie kontynuowana, nie kryłem radości. Doczekaliśmy się w październiku albumu Matka, Syn, Bóg. Płyta bardzo osobista. O ojcostwie, o śmierci, przemijaniu i innych ważnych dla panów kwestiach. Udało mi się pojawić na koncercie, promującym. Wydarzenie podsumowałbym jednym słowem. KLASA. Każdy z Panów dokłada do projektu to co ma najlepszego do zaoferowania, a końcowy efekt jest piorunujący. Z, na pierwszy rzut oka, prostych i mało koncertowych kompozycji powstaje niezapomniana, bardzo mocno emocjonalna mozaika.
Oprócz wspólnych dwóch albumów Pan Wojtek i Pan Bartosz prowadzą w Trójce Magiel Wagli ( http://www.polskieradio.pl/9/Audycja/7435 ) we wtorkowe popołudnia. Warto.
Znajomi żartują, że powinienem (nie pierwszy raz) zamienić kilka słów po koncercie z Panami i pokazać im stos biletów z ich koncertów i kolekcję ich albumów. Podobno mam szansę na złoty bilet…
Od paru ładnych lat regularnie bywam na imprezach muzycznych
wszelakiej maści. Ogromnych festiwalach, jak i małych kameralnych koncertach
klubowych. Oczekiwania, jakie stawiamy wobec międzynarodowego festiwalu są
zgoła odmiennie niż wobec koncertu krajowego wykonawcy w miejscowym klubie, ale
niezmiennie oczekujemy prawdziwości i pełnego zaangażowania od artystów. Męskie
Granie to impreza absolutnie unikatowa. Impreza przełamująca wszelkie kanony i
rozbijająca w pył sztuczne mury stawiane przez próby hermetycznego podziału na
gatunki. Radość ze wspólnego muzykowania wręcz bije ze sceny, na której mają
miejsce rzeczy absolutnie niespodziewane.
Od pierwszej edycji imprezy mocno kibicowałem Męskiemu
Graniu, jednak w 2010 roku nie udało mi się pojawić na żadnym koncercie.
Pierwszy raz udało się w 2011 roku na koncercie otwierającym trasę - w
Żywcu, kilka tygodni później koncert w Krakowie. Podczas tegorocznej edycji
przeżyłem niezapomniane chwile na pierwszym koncercie w Krakowie i uważnie
śledziłem na ekranie telewizora koncert finałowy z Żywca.
Wielu nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić niebanalnych
kolaboracji scenicznych, jakie mają miejsce podczas Koncertów. Weźmy Michała
Urbaniaka i OSTRa. Światowej klasy jazzman, współtwórca kompozycji Milesa
Davisa. Co ma wspólnego z szanowanym w swoim środowisku raperem i producentem
muzyki, która wywodzi się z ulicy ? Na pierwszy rzut oka absolutnie nic. Na
scenach Męskiego Grania okazuje się, że absolutnie wszystko. Muzyka jest jedna.
Fuzja rapu i czystego klasycznego jazzu daje piorunujący efekt. Panowie
prywatnie są bliskimi przyjaciółmi, o czym często wspominają w wywiadach i darzą
się ogromnym szacunkiem i sympatią. OSTR schodząc ze sceny w Żywcu nie krył
wzruszenia i miał problem z wypowiedzeniem kilku zdań do mikrofonu, mówiąc
tylko, że grając z Panem Michałem spełnia swoje marzenia. Panowie nazywają
się duchowym Ojcem i Synem, a ze sceny emanuje radość z dawania publiczności
tego, co dla nich najważniejsze. Przez 4 edycje na scenach Męskiego Grania
pojawiły się dziesiątki kolaboracji, które nie miałyby prawa zaistnieć w żadnym
innym miejscu. Cała ekipa Męskiego Grania sprawia wrażenie jednej wielkiej kolorowej
rodziny, której członkami są czołowi artyści polskiej sceny wielu pokoleń. Wszyscy są równi, ciepło wyrażają się o innych, bez względu na rodzaj muzyki, jaką
uprawiają. Uśmiechy na twarzach, przyjacielskie gesty i uściski, świadczą o prawdziwej radości, jaką daje im udział w Imprezie tworzącej historię. I o to chodzi.
Warto wspomnieć o kapitalnej organizacji całego przedsięwzięcia.
Na scenie nie ma miejsca na choćby 3 minutowe opóźnienia. Wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Czasem na ogromnych kilkudziesięciotysięcznych
festiwalach zdarzają się dość pokaźne obsuwy. Ale nie na Męskim Graniu. Brawo!
Trasa działa pod patronatem radiowej Trójki, a koncerty prowadzi z ogromnym
zaangażowaniem i pasją redaktor Stelmach. Całość przebiega niesamowicie
płynnie, a wszystko dopięte jest na ostatni guzik.
Z całego serca dziękuję wszystkim ludziom, którzy są
odpowiedzialni za organizację tego niesamowitego wydarzenia. W czasie mojej
przygody z Męskim Graniem niejednokrotnie łza zakręciła się w oku na widok tego, co miało miejsce na
scenie. OSTR z urodzinowymi kwiatami dla Nosowskiej, Urbaniak w koszulce
Brzydki Zły i Szczery, zbijający „żółwia” z Adamem. To tylko kilka z
koncertowych wspomnień, które na zawsze pozostaną w pamięci. Oby Męskie Granie
pisało historię polskiej muzyki przez długie, długie lata.
Znacie artystów, którzy prężnie działają na kilku
płaszczyznach artystycznego rzemiosła ? Pewnie dla większości nazwiska Lynch,
czy Allen brzmią znajomo, ale pewnie nie wszyscy wiedzą, że twórca legendarnego
Lost Highway jest szanowanym muzykiem na scenie eksperymentalnej, a Allen oprócz
działalności filmowej, działa jako klarnecista, koncertując na całym świecie, w międzyczasie wydając zbiory kąśliwych felietonów. Ale o nich innym razem.
Poznajcie Vincenta Gallo.
Amerykanin. Aktor. Reżyser. Scenarzysta. Model. Muzyk. Człowiek orkiestra. Ale po kolei…
Aktor.
Polskiej widowni Vincent Gallo najbardziej znany jest ze współpracy z Jerzym
Skolimowskim. Artysta zagrał rolę Mohhameda w obrazie Essential Killing (2010),
za którą został nagrodzony Pucharem Volpi na Festiwalu w Wenecji. Gallo zagrał
również w Tetro (2009) u Francisa Forda Coppoli, a nawet zaliczył epizod w
światowym klasyku - Chłopcach z ferajny (1990).
Reżyser. Scenarzysta.
Do twórczości Gallo dotarłem poprzez studiowanie artystycznych
powiązań Johna Frusciante. Frusciante przygotował ścieżkę dźwiękową do
autorskiego filmu Gallo – The Brown Bunny (2003). Historia rajdowca Budy’ego
Clay’a (postać grana przez samego Gallo) wymaga od widza dużej dawki cierpliwości i zdecydowanie nie każdemu przypadnie
do gustu, aczkolwiek w moim odczuciu warto, chociażby dla samej wspomnianej
wcześniej oprawy muzycznej.
Muzyk.
Podobnie jak w przypadku filmów, muzyka Pana Vincenta
również nie jest przeznaczona dla szerokiej grupy odbiorców. Jeżeli jesteście w
stanie znieść Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt Johna Frusciante to
zachęcam do sięgnięcia po album When (2001) bohatera dzisiejszej historii. Wszystkie
kompozycje utrzymane są w niszowej konwencji lo-fi, a mnie osobiście album
bardzo przypadł do gustu. (http://www.mojvideo.com/video-vincent-gallo-honey-bunny/331bc15a42c31aaea63d) W ramach ciekawostki warto dodać, że Gallo zaliczył
występ na scenie z takimi sławami jak Yoko Ono, czy wspomniany wcześniej
kilkakrotnie Frusciante. (http://www.youtube.com/watch?v=SHLPjIKM5yU)
Bez wątpienia postać wartościowa i unikatowa. To tylko kilka
z wielu twarzy artysty, a w tekście wspomniałem tylko o jego kilku subiektywnie
wybranych dokonaniach. Zainteresowanych zapraszam na oficjalną stronę artysty http://www.vincentgallo.com/ .
Niektóre albumy przykuwają moją uwagę i na długo zapadają
w pamięć, dzięki świetnej warstwie muzycznej i lirycznej. Inna grupa to albumy
nie do końca rewolucyjne, lecz wracam do nich z czystego sentymentu. Budzą
wspomnienia, wyzwalają emocje. Nowy album The National przewrotnie kwalifikuje
się do obu grup.
Gentlemani z Cincinnati na nowy album kazali nam czekać 3
lata. Po, w moim odczuciu, jak najbardziej udanym High Violet, dostajemy
kolejny album, którego nie mógłby nagrać nikt inny. Otwierające płytę I Should
Live In Salt od razu, leniwie wylewając się z głośnika pokazuje, że mamy do
czynienia ze starym dobrym brzemieniem, które znamy od lat. Kolejne kompozycje
potwierdzają, że styl grupy zbytnio nie ewoluował. I dobrze! Minimalistyczna
warstwa muzyczna, delikatnie zaciągające gitary, charakterystyczny zachrypnięty
wokal Matta, który przyzwyczaił fanów do świetnych tekstów. Kupuję.
Wśród 13 kapitalnych kompozycji na próżno szukać radiowych
hitów. Cały materiał jest bardzo stonowany i utrzymany w podobnym klimacie. W
sam raz na ciepłe letnie noce. Kilka utworów mocno zapadło mi w pamięć już przy
pierwszym przesłuchaniu. Rytmiczne i koncertowe Sea of Love z chwytliwym refrenem wybrzmiewa w uszach długo po przesłuchaniu,
a rzewne I Need My Girl przyprawiło mnie
o dreszcze. Od dawna prosty utwór, oparty na kilku gitarowych akordach nie
zrobił na mnie takiego wrażenia. Przepiękny, prawdziwy utwór o tęsknocie i
potrzebie bliskości. Zdecydowanie numer jeden z całego materiału.
Wszystkie utwory tworzą spójną całość i dają ogromną
przyjemność słuchania. Muzycznie bardzo przyzwoicie, bez fajerwerków. Lirycznie
jak zwykle kapitalnie. Berninger absolutnie mnie przekonuje. Pozycja
obowiązkowa.
Tak, nienawidzę Was wszystkich, którzy byliście na openerze.