Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 września 2014

guardiansofthegalaxy


We wszelakich wyrazach kultury, w tym w filmach,  szukam przede wszystkim emocji i bogatej plastyczności obrazu. Zdecydowanie więcej czasu spędzam w małych studyjnych kinach, niż w wielkich salach multipleksów. Szczerzę mówiąc w kinie wolę martwić się i rozmyślać, niż dobrze się bawić, zajadając przekąskami. Czasem jednak potrzebuję odskoczni od kina festiwalowego i chcę się po prostu dobrze bawić. 




Kiedy na pierwszym teaserze Strażników zobaczyłem szopa, gadającego głosem Bradley’a Coopera, z trzykrotnie większą od niego wyrzutnią rakiet, kumplującego z drzewopodobnym wcieleniem Vin Diesela, wiedziałem, że będzie to pozycja obowiązkowa. Nie spodziewałem się wiele. Spodziewałem się czystej, infantylnej, nieskażonej wątkiem emocjonalno - moralnym komiksowej sieczki. Absolutnie nie mówię tego w negatywnym kontekście. Miałem nadzieję, że tak jak przy Avengers nie będzie chwili na nudę, a po wyjściu z sali, poszukam szczęki pod nogami i  zastanowię się ile milionów dolarów i ile pracy najlepszych speców od efektów specjalnych pochłonęło całe przedsięwzięcie. 

Otóż nie… Strażnicy Galaktyki przerośli moje wszelkie oczekiwania. 

Komiksowa historia jest prosta i nie zmusza widza do wysiłku, aby skojarzyć fakty. Nasz główny bohater - Peter Quill (Chris Pratt), a właściwie jeden z pięciu głównych bohaterów, jako dziecko, w słuchawkach walkmana, przeżywa śmierć matki, po czym nagle zostaje zabrany przez latający obiekt kosmiczny. Chwile potem na ekranie widzimy nieogolonego Quilla, galaktycznego złodziejaszka, kradnącego w rytm hitów lat 80’ z walkmana  artefakt z opuszczonego zakątka galaktyki. Artefakt okazuje się mieć ogromną moc, o której nie wszyscy mają pojęcie, i staje się najbardziej pożądanym narzędziem w galaktyce. Nie chcę zdradzać nic więcej, dodam tylko, że po serii przebiegających w tempie błyskawicy zdarzeń, bójek i starć charakterów kompletuje się  zespół naszych Strażników.

Mamy więc, Star-Lorda - Quilla, zielonoskórą Gamorę (Zoe Saldana), pół-głupiego osiłka Draxa (Dave Bautista), wybuchowego gryzonia Rocketa (Bradley Cooper) i jego osobistego ochroniarza - drzewoluda Groota (Vin Diesel). Główne postaci są po prostu świetne. Komiksowe, mocno przerysowane, niby dość oklepane i w pewnym sensie przewidywalne. Z drugiej strony, po chwili zastanowienia,  okazuje się, że każdy z nich uosabia cechy i zachowania, które doskonale zna każdy z nas, i których niejednokrotnie chcielibyśmy się pozbyć. Każdy z nas ma w sobie coś z szalonego gryzonia, którego nikt nie traktuje poważnie. Porywczość i egoizm Draxa nieomal prowadzi do klęski naszej drużyny, a dysponujący trzema słowami Groot, okazuje się sercem drużyny i jednym z najjaśniejszych charakterów w historii amerykańskich superprodukcji. Właściwie nasi Strażnicy Galaktyki nie są superbohaterami, dopiero się nimi stają, a ich supermocą okaże się przyjaźń. Film nie ma takich gwiazd, jakimi mogli pochwalić się Avengers. Oprócz Vin Diesela i Coopera podkładających głosy animowanym charakterom, mamy jeszcze Glenn Close i Benicio Del Toro w drugoplanowych rolach. Mimo to, postaci zostały napisane i zagrane świetnie, utrzymując komiksową konwencje.



Strażnicy galaktyki przede wszystkim bawią. Momentami wydaje się, że całość potraktowana jest pół-serio i miejscami na próżno szukać pompatyczności i wszechobecnego zadęcia, charakterystycznego dla marvelowskich filmów o superbohaterach.  Dialogi są sprytnie skrojone, żarty cięte, akcja wartka, a efekty specjalne na najwyższym poziomie. Strażnicy w  pewnych momentach naprawdę chwytają za serce i czarują pięknymi kadrami. Całość okraszona jest przebojami lat 80’, przeplatającymi się z mocno brzmiącymi orkiestrami scen bitewnych. Przez cały film nie ma chwili na nudę, wszystko zamyka się w toczącą się błyskawicznym tempie całość, a odetchnąć będziecie mogli dopiero po wyjściu z kina. 

Moim zdaniem warto. Naprawdę warto zobaczyć Strażników galaktyki na wielkim ekranie. Film nie wymaga od widza wiele, a w zamian oferuje świetnie przygotowaną rozrywkę najwyższym poziomie i kilka naprawdę ładnych scen. Całość jest świetnie wyważona i nie męczy, ani przez moment. Dobra zabawa na najwyższym poziomie i niekontrolowane wybuchy śmiechu gwarantowane, a duet Rocket - Groot pozostanie na długo w pamięci wielomilionowej publiczności.





A, i pamiętajcie. Strażnicy galaktyki powrócą ! 

sobota, 11 stycznia 2014

nimfomankavol1.

Na długo przed pojawieniem się jakichkolwiek konkretnych informacji na temat Nimfomanki, w Internecie wrzało. Słychać było głosy, że Von Trier sięga po chwytliwy temat, który przyciągnie do kin tłumy, wywołując burze na filmowych forach. Ja na Nimfomankę czekałem naprawdę mocno. Pełen entuzjazmu i ciekawości udałem się na przedpremierowy pokaz pierwszej odsłony.





Subtelny napis, wprowadzający do pierwszej części, dłuższa chwil zaciemnionego ekranu i wreszcie reżyser zabiera nas, w marszowym rytmie Rammstein, na deszczową ulicę opuszczonego miasta. Długie ujęcia detali w połączeniu z powolną pracą kamery, wprowadzają nas w klimat niepokoju. Historia zaczyna się od mocno teatralnego spotkania, głównej bohaterki, pobitej, leżącej na ulicy Joe (Charlotte Gainsbourg) z samotnym starszym mężczyzną o przyjaznych rysach twarzy (Stellan Skarsgård). Seligman (wkrótce poznajemy jego imię) zabiera Joe do swojego mieszkania i przy kolejnych kubkach herbaty z mlekiem nawiązują rozmowę, w której bohaterka opowie mężczyźnie historię swojego życia. 

Akcja filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza, mocno minimalistyczna i stonowana, to rozmowy między Seligmanem i Joe. Nasycone mniej, lub bardziej sprytnymi alegoriami, trzymające poziom, świetnie odegrane epizody. Bohaterowie płynnie przechodzą od pierwszych doświadczeń seksualnych Joe do wędkarskich pasji Seligmana. Wykształcony mężczyzna zaskakuje szerokimi horyzontami,  często nawiązując do sztuki, literatury, ciągu Fibonacciego, czy kompozycji Bacha, podczas gdy bohaterka, ze spuszczoną głową za wszelką cenę stara się go przekonać o marności swojego życia. Reżyser momentami serwuje nam serię kulturowo-społecznych obrazków, ilustrując spostrzeżenia doświadczonego Seligmana, który już od pierwszych chwil nie potępia bohaterki, próbując zrozumieć jej zachowania i w jakiś sposób dać ukojenie jej skołatanej naturze. Autor sprytnie tłumi mocne wyznania bohaterki, często zabawnymi i oderwanymi od tematu docinkami rozmówcy, perfekcyjnie balansując na granicy mocnego dramatu psychologicznego, a pełną groteski komedią traktującą o przewrotnej ludzkiej naturze. 

Druga strona obrazu to epizody z młodości głównej bohaterki. Całość zawierać ma się w ośmiu rozdziałach (w pierwszej części poznamy pierwsze pięć). Rolę Joe z młodzieńczych lat śmiało odgrywa debiutantka - Stacy Martin. Poznajemy małą Joe odkrywającą swoją seksualność, jej relacje z ojcem (Christian Slater), młodzieńcze szaleństwa, początki nałogu. Całość okraszona jest niby mocnymi scenami seksu, jednak podobnie jak w przypadku pokoju Seligmana, we wspomnieniach z życiorysu młodej Joe nie brak humoru, powodującego niejednokrotnie wybuchy śmiechu na sali, nawet w momentach, gdy ekran kipi erotyzmem. Von Trier bezpardonowo prześmiewa intymne aspekty ludzkiej natury, niepokojąc widza i igrając z jego poczuciem estetyki i moralności. Obraz balansuje pomiędzy głębokimi dekadenckimi przemyśleniami rannej Joe, a obnażaniem i drwiną z mocy ludzkiej seksualności. Kulminacją absurdu bez wątpienia zostaje mistrzowsko rozegrana scena z udziałem Umy Thurman, w której reżyser doprowadza widownię do niepohamowanego śmiechu, podczas gdy na ekranie rozgrywa się dramat rozpadającej się rodziny.


Film, oprócz kilku słabszych początkowych momentów, w których w naiwny sposób zarysowywane są relacje bohaterki z ojcem, nie nudzi, a całość dla cierpliwego i zaangażowanego widza, jest przyjemna w odbiorze. Nie zapominajmy jednak, że dzieło, mimo dużego dystansu i sporej dawki farsy, jest mocnym wielopłaszczyznowym dramatem, sięgającym w mroczne zakątki ludzkiej natury. Całość podana jest na mocno artystycznej ozdobnej tacy, w charakterystycznym dla Duńczyka stylu. Pierwsza odsłona, zamknięta audiowizualnie kapitalnym piątym rozdziałem, sprawiła, że większość widowni pozostała na swoich miejscach do momentu, gdy w marszowym rytmie Rammstein z ekranu zniknęły ostatnie napisy końcowe, podczas których, na serialową modłę, w małym okienku zaprezentowano wycinki z kolejnej odsłony. Odliczam czas do premiery części drugiej. 



wtorek, 24 września 2013

wimię2013

Zagubiony.


Dwa lata po premierze, w moim odczuciu, słabego „Sponsoringu”, Szumowska powraca z nowym obrazem. Znowu uderza w tabu. Ksiądz homoseksualista. Temat wydawałoby się dający ogromne pole do popisu i wokół, którego wydaję się można by zbudować ciekawą fabułę. Właśnie, można by…

Otwierającą sceną reżyserka przenosi nas na mazurski zaścianek i w dość bolesny sposób daje do zrozumienia, z jakim środowiskiem będziemy mieć do czynienia. Ognisko dla chłopców z poprawczaków, które do spółki z Michałem (Łukasz Simlat) prowadzi nasz bohater – ksiądz Adam (Andrzej Chyra). Od początku nie bardzo wiemy, kiedy, skąd i dlaczego nasz bohater znalazł się wśród plujących wokół, młodych degeneratów – smakoszy tanich piw z miejscowego sklepu Niagara. Od początku natomiast widzimy, że Adam absolutnie tam nie pasuje. Chodzi w markowych ciuchach, jest światowy, regularnie biega w białych słuchawkach, lecz nadzwyczaj dobrze radzi sobie z trudną młodzieżą. Na początku akcja toczy się w ślimaczym tempie, póki na ekranie nie pojawia się postać zagadkowego podopiecznego księdza – Dyni (Mateusz Kościukiewicz). Historia nabiera tempa, lecz na próżno szukać hollywoodzkich zwrotów akcji. Z czasem lepiej poznajemy tajemnice księdza Adama i problemy, z jakimi się boryka.

Na wyrazy uznania bez wątpienia zasługuje Andrzej Chyra, po raz kolejny prezentujący kawał solidnego aktorskiego rzemiosła, za które został wyróżniony Złotym Lwem. Podczas kulminacyjnej sceny rozmowy z siostrą, gra na emocjach i na długo zapada w pamięć. Całość odbiera się przyjemnie, dzięki zręcznym kadrom Michała Englerta i gitarowym nutom przygotowanym przez Pawła Mykietyna.


Wielkie brawa za kolejny polski film bez tabu i bez przemilczeń. Film został doceniony na tegorocznym Berlinae oraz otrzymał aż 6 gdyńskich Złotych Lwów. Moim zdaniem „W imię” nie jest dziełem wybitnym, aczkolwiek warto zatrzymać się nad historią zagubionego Adama, historią o niemożności ukrycia prawdziwego „ja” przed środowiskiem i przed samym sobą.


sobota, 24 sierpnia 2013

vincentgallo

vincentgallo.

Znacie artystów, którzy prężnie działają na kilku płaszczyznach artystycznego rzemiosła ? Pewnie dla większości nazwiska Lynch, czy Allen brzmią znajomo, ale pewnie nie wszyscy wiedzą, że twórca legendarnego Lost Highway jest szanowanym muzykiem na scenie eksperymentalnej, a Allen oprócz działalności filmowej, działa jako klarnecista, koncertując na całym świecie, w międzyczasie wydając zbiory kąśliwych felietonów. Ale o nich innym razem.


Poznajcie Vincenta Gallo. 

Amerykanin. Aktor. Reżyser. Scenarzysta. Model. Muzyk. Człowiek orkiestra. Ale po kolei…

Aktor.
Polskiej widowni Vincent Gallo najbardziej znany jest ze współpracy z Jerzym Skolimowskim. Artysta zagrał rolę Mohhameda w obrazie Essential Killing (2010), za którą został nagrodzony Pucharem Volpi na Festiwalu w Wenecji. Gallo zagrał również w Tetro (2009) u Francisa Forda Coppoli, a nawet zaliczył epizod w światowym klasyku - Chłopcach z ferajny (1990).  

Reżyser. Scenarzysta. 
Do twórczości Gallo dotarłem poprzez studiowanie artystycznych powiązań Johna Frusciante. Frusciante przygotował ścieżkę dźwiękową do autorskiego filmu Gallo – The Brown Bunny (2003). Historia rajdowca Budy’ego Clay’a (postać grana przez samego Gallo) wymaga od widza dużej dawki cierpliwości i zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu, aczkolwiek w moim odczuciu warto, chociażby dla samej wspomnianej wcześniej oprawy muzycznej.



Muzyk.
Podobnie jak w przypadku filmów, muzyka Pana Vincenta również nie jest przeznaczona dla szerokiej grupy odbiorców. Jeżeli jesteście w stanie znieść Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt Johna Frusciante to zachęcam do sięgnięcia po album When (2001) bohatera dzisiejszej historii. Wszystkie kompozycje utrzymane są w niszowej konwencji lo-fi, a mnie osobiście album bardzo przypadł do gustu. (http://www.mojvideo.com/video-vincent-gallo-honey-bunny/331bc15a42c31aaea63d) W ramach ciekawostki warto dodać, że Gallo zaliczył występ na scenie z takimi sławami jak Yoko Ono, czy wspomniany wcześniej kilkakrotnie Frusciante. (http://www.youtube.com/watch?v=SHLPjIKM5yU)

Bez wątpienia postać wartościowa i unikatowa. To tylko kilka z wielu twarzy artysty, a w tekście wspomniałem tylko o jego kilku subiektywnie wybranych dokonaniach. Zainteresowanych zapraszam na oficjalną stronę artysty http://www.vincentgallo.com/ . 

               



sobota, 3 sierpnia 2013

onlygodforgives2013

Eviva l’arte !

Nowy obraz Nicolasa Windinga Refna podzielił widownię. Część nie jest w stanie znaleźć absolutnie nic dla siebie, a film uważają za absolutnie bezwartościowy. Część zachwycona jest psychodeliczną, cieszącą oko nową wariacją twórcy głośnego Drive. Mnie film zdecydowanie przekonuje.

Film kręci się wokół prostej historii dwóch braci – Amerykanów, przebywających w Bangkoku. Juliana (po raz kolejny niezawodny w rolach „trudnych” facetów Ryan Gosling) i Billy'ego. Obaj prowadzą do spółki nieczyste interesy na tajlandzkiej ziemi. Po serii wybryków Billy zostaje zamordowany, a na skrytym i zagubionym Julianie spocznie obowiązek zemsty na sprawcach mordu na Billy'm, który nałoży na niego matka – niezapomniana kreacja Kristin Scott Thomas. 

Lecz nie historia jest tu najważniejsza. Najważniejsze są postaci, a raczej archetypy, które reprezentują. Mamy Juliana – młodego zagubionego mężczyznę, nękanego przez rządną zemsty matkę. Oprócz zwariowanej relacji z despotyczną matką, Julian prezentuje dość nietypowy i nie do końca jasno zarysowany stosunek do kobiet. Kolejną zapadająca w pamięć kreacją jest postać komendanta policji, mistrzowsko zaprezentowana przez Vithay'a Pansringarma. Anioł zemsty, uosobienie i obrońca krwawej i bezwzględnej sprawiedliwości, a przy tym zapalony solista i miłośnik rodzimych szlagierów. Właśnie z nim przyjdzie zmierzyć się głównemu bohaterowi, tocząc na pięści bój o honor rodziny, o honor mężczyzny. 


Przeciwnicy nowego filmu Refna twierdzą, że fabuła nie jest spójna. Że sceny są przydługie, a dialogi płytkie. Że główny bohater jest „jakiś taki nijaki”. Moim zdaniem wszystkie te zarzuty można obrócić w smaczki dodające filmowi uroku i wyjątkowości. W momentach, gdy w przewodniej historii nie dzieje się zbyt wiele, oko cieszą kapitalne zdjęcia Larry'ego Smitha okraszone energiczną muzyką, przygotowaną przez Cliffa Martineza. Refn bez wątpienia czerpie tutaj dość swobodnie z twórczości Lyncha z całkiem udanym skutkiem, gdyż nie do końca jasne związki przyczynowo-skutkowe nie męczą, a obecność bohaterów w kilku miejscach na raz wcale nie dziwi.

W moim odczuciu Gosling wykreował niezapomniany portret zagubionego faceta, który nie jest w stanie sprostać postawionym mu wymaganiom. Po raz kolejny, Refn porusza kwestię męskości. Kwestię honoru i próby sprostania wymaganiom stawianym bohaterowi przez środowisko, do którego nie do końca pasuje. 

Podobno Jodorowsky, któremu Refn zadedykował Tylko Bóg wybacza na premierze w Cannes, powiedział do Refna by zrobił film, jaki jemu samemu będzie się podobał. Bez wątpienia Refn wziął sobie do serca poradę mistrza i nie przywiązał większej wagi do przystępności dzieła dla szerokiej publiczności. Mnie jednak film absolutnie zaczarował i bez wątpienia do niego wrócę, podobnie jak do wspomnianego wcześniej Drive, a przewrotne „Wanna fight?” dołączy do listy moich ulubionych filmowych momentów.  




piątek, 15 lutego 2013

biutiful2010.

biutiful2010. 

Ciężko.

Jeżeli szukamy przyjemnego obrazu bawiącego widza, zapewniającego beztroską rozrywkę, od razu możemy przejść obojętnie obok przejmującego dzieła Alejandro González'a Iñárritu. Twórca świetnie przyjętego w świecie obrazu Babel i znacznie mniej przystępnego Amores perros, zabiera nas w niezapomnianą (niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu podróż) do Barcelony. Ale nie do pięknej, wakacyjnej, kolorowej Barcelony. Do Barcelony brudnej, śmierdzącej, gdzie krew płynie po ulicach.

Teatr jednego aktora
Uxbal. Przejmująca kreacja chluby hiszpańskiego aktorstwa, Javier'a Bardem. Od pierwszych minut filmu postać budzi mieszane uczucia. Na początku budzi odrazę i obrzydzenie. Bohater prowadzi ciemne interesy, nie jest przykładem wymarzonego ojca. Z czasem jednak reżyser w mistrzowski sposób pozwala spojrzeć na postać, jako na człowieka przegranego. Człowieka straconego, któremu należy się (lub nie) współczucie. Mnie osobiście kreacja Javier'a Bardem absolutnie przekonuje. Bez nuty przesady wykreował zapadający w pamięć wizerunek człowieka, który przegrał w życiu, absolutnie wszystko, co było do przegrania.

Brudno. 
Świetne zdjęcia podziemnej Barcelony, postaci "biznesmenów" spod ciemnej gwiazdy, psychodeliczne nuty, obok postaci Uxbal'a  budują obraz, który zapada w pamięć i wraca do widza jak koszmar. Zdecydowanie nie jest to kino dla każdego, zdecydowanie nie każdy będzie w stanie spędzić ponad 2 godziny z obrazem dającym w twarz. Obraz kładzie widza na łopatki i kopie leżącego. Może jednak warto zatrzymać się nad historią człowieka, który przegrał walkę z rzeczywistością ?