piątek, 12 września 2014

guardiansofthegalaxy


We wszelakich wyrazach kultury, w tym w filmach,  szukam przede wszystkim emocji i bogatej plastyczności obrazu. Zdecydowanie więcej czasu spędzam w małych studyjnych kinach, niż w wielkich salach multipleksów. Szczerzę mówiąc w kinie wolę martwić się i rozmyślać, niż dobrze się bawić, zajadając przekąskami. Czasem jednak potrzebuję odskoczni od kina festiwalowego i chcę się po prostu dobrze bawić. 




Kiedy na pierwszym teaserze Strażników zobaczyłem szopa, gadającego głosem Bradley’a Coopera, z trzykrotnie większą od niego wyrzutnią rakiet, kumplującego z drzewopodobnym wcieleniem Vin Diesela, wiedziałem, że będzie to pozycja obowiązkowa. Nie spodziewałem się wiele. Spodziewałem się czystej, infantylnej, nieskażonej wątkiem emocjonalno - moralnym komiksowej sieczki. Absolutnie nie mówię tego w negatywnym kontekście. Miałem nadzieję, że tak jak przy Avengers nie będzie chwili na nudę, a po wyjściu z sali, poszukam szczęki pod nogami i  zastanowię się ile milionów dolarów i ile pracy najlepszych speców od efektów specjalnych pochłonęło całe przedsięwzięcie. 

Otóż nie… Strażnicy Galaktyki przerośli moje wszelkie oczekiwania. 

Komiksowa historia jest prosta i nie zmusza widza do wysiłku, aby skojarzyć fakty. Nasz główny bohater - Peter Quill (Chris Pratt), a właściwie jeden z pięciu głównych bohaterów, jako dziecko, w słuchawkach walkmana, przeżywa śmierć matki, po czym nagle zostaje zabrany przez latający obiekt kosmiczny. Chwile potem na ekranie widzimy nieogolonego Quilla, galaktycznego złodziejaszka, kradnącego w rytm hitów lat 80’ z walkmana  artefakt z opuszczonego zakątka galaktyki. Artefakt okazuje się mieć ogromną moc, o której nie wszyscy mają pojęcie, i staje się najbardziej pożądanym narzędziem w galaktyce. Nie chcę zdradzać nic więcej, dodam tylko, że po serii przebiegających w tempie błyskawicy zdarzeń, bójek i starć charakterów kompletuje się  zespół naszych Strażników.

Mamy więc, Star-Lorda - Quilla, zielonoskórą Gamorę (Zoe Saldana), pół-głupiego osiłka Draxa (Dave Bautista), wybuchowego gryzonia Rocketa (Bradley Cooper) i jego osobistego ochroniarza - drzewoluda Groota (Vin Diesel). Główne postaci są po prostu świetne. Komiksowe, mocno przerysowane, niby dość oklepane i w pewnym sensie przewidywalne. Z drugiej strony, po chwili zastanowienia,  okazuje się, że każdy z nich uosabia cechy i zachowania, które doskonale zna każdy z nas, i których niejednokrotnie chcielibyśmy się pozbyć. Każdy z nas ma w sobie coś z szalonego gryzonia, którego nikt nie traktuje poważnie. Porywczość i egoizm Draxa nieomal prowadzi do klęski naszej drużyny, a dysponujący trzema słowami Groot, okazuje się sercem drużyny i jednym z najjaśniejszych charakterów w historii amerykańskich superprodukcji. Właściwie nasi Strażnicy Galaktyki nie są superbohaterami, dopiero się nimi stają, a ich supermocą okaże się przyjaźń. Film nie ma takich gwiazd, jakimi mogli pochwalić się Avengers. Oprócz Vin Diesela i Coopera podkładających głosy animowanym charakterom, mamy jeszcze Glenn Close i Benicio Del Toro w drugoplanowych rolach. Mimo to, postaci zostały napisane i zagrane świetnie, utrzymując komiksową konwencje.



Strażnicy galaktyki przede wszystkim bawią. Momentami wydaje się, że całość potraktowana jest pół-serio i miejscami na próżno szukać pompatyczności i wszechobecnego zadęcia, charakterystycznego dla marvelowskich filmów o superbohaterach.  Dialogi są sprytnie skrojone, żarty cięte, akcja wartka, a efekty specjalne na najwyższym poziomie. Strażnicy w  pewnych momentach naprawdę chwytają za serce i czarują pięknymi kadrami. Całość okraszona jest przebojami lat 80’, przeplatającymi się z mocno brzmiącymi orkiestrami scen bitewnych. Przez cały film nie ma chwili na nudę, wszystko zamyka się w toczącą się błyskawicznym tempie całość, a odetchnąć będziecie mogli dopiero po wyjściu z kina. 

Moim zdaniem warto. Naprawdę warto zobaczyć Strażników galaktyki na wielkim ekranie. Film nie wymaga od widza wiele, a w zamian oferuje świetnie przygotowaną rozrywkę najwyższym poziomie i kilka naprawdę ładnych scen. Całość jest świetnie wyważona i nie męczy, ani przez moment. Dobra zabawa na najwyższym poziomie i niekontrolowane wybuchy śmiechu gwarantowane, a duet Rocket - Groot pozostanie na długo w pamięci wielomilionowej publiczności.





A, i pamiętajcie. Strażnicy galaktyki powrócą ! 

sobota, 11 stycznia 2014

nimfomankavol1.

Na długo przed pojawieniem się jakichkolwiek konkretnych informacji na temat Nimfomanki, w Internecie wrzało. Słychać było głosy, że Von Trier sięga po chwytliwy temat, który przyciągnie do kin tłumy, wywołując burze na filmowych forach. Ja na Nimfomankę czekałem naprawdę mocno. Pełen entuzjazmu i ciekawości udałem się na przedpremierowy pokaz pierwszej odsłony.





Subtelny napis, wprowadzający do pierwszej części, dłuższa chwil zaciemnionego ekranu i wreszcie reżyser zabiera nas, w marszowym rytmie Rammstein, na deszczową ulicę opuszczonego miasta. Długie ujęcia detali w połączeniu z powolną pracą kamery, wprowadzają nas w klimat niepokoju. Historia zaczyna się od mocno teatralnego spotkania, głównej bohaterki, pobitej, leżącej na ulicy Joe (Charlotte Gainsbourg) z samotnym starszym mężczyzną o przyjaznych rysach twarzy (Stellan Skarsgård). Seligman (wkrótce poznajemy jego imię) zabiera Joe do swojego mieszkania i przy kolejnych kubkach herbaty z mlekiem nawiązują rozmowę, w której bohaterka opowie mężczyźnie historię swojego życia. 

Akcja filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza, mocno minimalistyczna i stonowana, to rozmowy między Seligmanem i Joe. Nasycone mniej, lub bardziej sprytnymi alegoriami, trzymające poziom, świetnie odegrane epizody. Bohaterowie płynnie przechodzą od pierwszych doświadczeń seksualnych Joe do wędkarskich pasji Seligmana. Wykształcony mężczyzna zaskakuje szerokimi horyzontami,  często nawiązując do sztuki, literatury, ciągu Fibonacciego, czy kompozycji Bacha, podczas gdy bohaterka, ze spuszczoną głową za wszelką cenę stara się go przekonać o marności swojego życia. Reżyser momentami serwuje nam serię kulturowo-społecznych obrazków, ilustrując spostrzeżenia doświadczonego Seligmana, który już od pierwszych chwil nie potępia bohaterki, próbując zrozumieć jej zachowania i w jakiś sposób dać ukojenie jej skołatanej naturze. Autor sprytnie tłumi mocne wyznania bohaterki, często zabawnymi i oderwanymi od tematu docinkami rozmówcy, perfekcyjnie balansując na granicy mocnego dramatu psychologicznego, a pełną groteski komedią traktującą o przewrotnej ludzkiej naturze. 

Druga strona obrazu to epizody z młodości głównej bohaterki. Całość zawierać ma się w ośmiu rozdziałach (w pierwszej części poznamy pierwsze pięć). Rolę Joe z młodzieńczych lat śmiało odgrywa debiutantka - Stacy Martin. Poznajemy małą Joe odkrywającą swoją seksualność, jej relacje z ojcem (Christian Slater), młodzieńcze szaleństwa, początki nałogu. Całość okraszona jest niby mocnymi scenami seksu, jednak podobnie jak w przypadku pokoju Seligmana, we wspomnieniach z życiorysu młodej Joe nie brak humoru, powodującego niejednokrotnie wybuchy śmiechu na sali, nawet w momentach, gdy ekran kipi erotyzmem. Von Trier bezpardonowo prześmiewa intymne aspekty ludzkiej natury, niepokojąc widza i igrając z jego poczuciem estetyki i moralności. Obraz balansuje pomiędzy głębokimi dekadenckimi przemyśleniami rannej Joe, a obnażaniem i drwiną z mocy ludzkiej seksualności. Kulminacją absurdu bez wątpienia zostaje mistrzowsko rozegrana scena z udziałem Umy Thurman, w której reżyser doprowadza widownię do niepohamowanego śmiechu, podczas gdy na ekranie rozgrywa się dramat rozpadającej się rodziny.


Film, oprócz kilku słabszych początkowych momentów, w których w naiwny sposób zarysowywane są relacje bohaterki z ojcem, nie nudzi, a całość dla cierpliwego i zaangażowanego widza, jest przyjemna w odbiorze. Nie zapominajmy jednak, że dzieło, mimo dużego dystansu i sporej dawki farsy, jest mocnym wielopłaszczyznowym dramatem, sięgającym w mroczne zakątki ludzkiej natury. Całość podana jest na mocno artystycznej ozdobnej tacy, w charakterystycznym dla Duńczyka stylu. Pierwsza odsłona, zamknięta audiowizualnie kapitalnym piątym rozdziałem, sprawiła, że większość widowni pozostała na swoich miejscach do momentu, gdy w marszowym rytmie Rammstein z ekranu zniknęły ostatnie napisy końcowe, podczas których, na serialową modłę, w małym okienku zaprezentowano wycinki z kolejnej odsłony. Odliczam czas do premiery części drugiej. 



piątek, 22 listopada 2013

waglewskifiszemade2013.

"paniepanowiepanie!"

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że jeżeli chodzi o Panów Waglewskich nie jestem w stanie być obiektywny. Ich twórczość pod wszelkimi postaciami i we wszystkich możliwych układach jest mi wyjątkowo bliska i niezmiernie ważna. Nie jestem w stanie wspomnieć wszystkich dokonań Panów, więc wybór będzie mocno subiektywny.  Ale od początku… 




Pan Wojciech Waglewski. Postać, którą bez wątpienia powinien rozpoznawać każdy odbiorca muzyki pochodzącej z naszej rodzimej sceny muzycznej. Wybitny gitarzysta, tekściarz, lider i założyciel Voo Voo, dyrektor artystyczny Męskiego Grania w latach 2010-2011. Z jego twórczością miałem styczność praktycznie od zawsze. Mniej, lub bardziej świadomie. Postać od zawsze poważana i słuchana w moim domu. Większość jest pewnie w stanie skojarzyć Wojciecha Waglewskiego z Fiszem (Bartosz Waglewski) i Emade (Piotr Waglewski). Synowie Pana Wojtka również zajmują się tworzeniem muzyki, w ich przypadku w bardzo szerokim zakresie. 




W wywiadach Fisz i Emade pytani o początki, zawsze z uśmiechami wspominają młodzieńcze fascynacje ciężkimi brzmieniami, skórzane kurtki i koszulki Anthraxu ( http://www.youtube.com/watch?v=2wgAO2423MQ ). Jednak Bracia poszli w zupełnie innym kierunku, rozpoczynając przygodę z muzyką „na poważnie”. Hip hop. Emade, wtedy jeszcze Dj M.A.D. zajął się klejeniem bitów na przedpotopowym komputerze, a Fisz zaczął pisać pierwsze zwrotki. Od początku nie był to czysty hip hop, przy mocno jazzujących Emadowych bitach z lirycznymi i bardzo osobistymi tekstami Fisza. Tak przez RHX, dwie płyty Fisza, Panowie dotarli do projektu znacznie bardziej organicznego, z pogranicza jazzu, chilloutu i hip hopu. Tworzywo Sztuczne. Niesamowity twór. Kto nie miał okazji posłuchać, pozycja obowiązkowa - Fisz Emade, jako Tworzywo Sztuczne - F3 (2002). Po drodze unikatowe Basissters Orchestra (2006) (z Wojtkiem Mazolewskim), producencki album Emade (2003), aż do jednej z najważniejszych i najbardziej zdartych wśród moich płyt. Fisz Emade - Heavi Metal (2008). Absolutne wyżyny unikatowych samplerowych brzmień wymieszane z oryginalną warstwą liryczną. Emade po raz kolejny pokazał, że jest wybitnym i niezwykle pomysłowym producentem, tak na Heavi Metalu, jak i na dwóch albumach Projektu Ostry Emade (POE) w 2005 i 2010. 


Rok 2008. Absolutnie niespodziewanie Fisz i Emade ogłaszają powstanie projektu Kim Nowak. We współpracy z Michałem Sobolewskim z Tworzywa nagrywają dziki, przesterowany, gitarowy album.  Projekt doczekał się godnej kontynuacji. W 2012 pojawił się Wilk. Znacznie bardziej dojrzały, klimatyczny, chwytliwy album. Moim zdaniem, bez wątpienia najlepszy polski album ubiegłego roku. Bijąca energia, kapitalne koncerty. Fisz z basem wykrzykujący do staroszkolnego mikrofonu, wióry z pałek perkusyjnych wokół Emade i światowej klasy riffy Sobolewskiego, przywołujące na myśl Black Keys, czy miejscami Rage Against The Machine. Materiał świetny. 





Czy liryczno - gitarowy Ojciec może znaleźć wspólny język z hiphopowo - garażowymi Synami ? Oczywiście. W 2008 roku ukazuje się Męska Muzyka, jako Waglewski Fisz Emade. Perełka. Bardzo męska, a zarazem delikatna, ze świetnymi tekstami Pana Wojtka i Fisza. Kolejna z ważnych pozycji na mojej półce. Gdy dowiedziałem się, że współpraca całej trójki będzie kontynuowana, nie kryłem radości. Doczekaliśmy się w październiku albumu Matka, Syn, Bóg. Płyta bardzo osobista. O ojcostwie, o śmierci, przemijaniu i innych ważnych dla panów kwestiach. Udało mi się pojawić na koncercie, promującym. Wydarzenie podsumowałbym jednym słowem. KLASA. Każdy z Panów dokłada do projektu to co ma najlepszego do zaoferowania, a końcowy efekt jest piorunujący. Z, na pierwszy rzut oka, prostych i mało koncertowych kompozycji powstaje niezapomniana, bardzo mocno emocjonalna mozaika.



Oprócz wspólnych dwóch albumów Pan Wojtek i Pan Bartosz prowadzą w Trójce Magiel Wagli ( http://www.polskieradio.pl/9/Audycja/7435 ) we wtorkowe popołudnia. Warto. 

Znajomi żartują, że powinienem (nie pierwszy raz) zamienić kilka słów po koncercie z Panami i pokazać im stos biletów z ich koncertów i kolekcję ich albumów. Podobno mam szansę na złoty bilet…

wtorek, 24 września 2013

wimię2013

Zagubiony.


Dwa lata po premierze, w moim odczuciu, słabego „Sponsoringu”, Szumowska powraca z nowym obrazem. Znowu uderza w tabu. Ksiądz homoseksualista. Temat wydawałoby się dający ogromne pole do popisu i wokół, którego wydaję się można by zbudować ciekawą fabułę. Właśnie, można by…

Otwierającą sceną reżyserka przenosi nas na mazurski zaścianek i w dość bolesny sposób daje do zrozumienia, z jakim środowiskiem będziemy mieć do czynienia. Ognisko dla chłopców z poprawczaków, które do spółki z Michałem (Łukasz Simlat) prowadzi nasz bohater – ksiądz Adam (Andrzej Chyra). Od początku nie bardzo wiemy, kiedy, skąd i dlaczego nasz bohater znalazł się wśród plujących wokół, młodych degeneratów – smakoszy tanich piw z miejscowego sklepu Niagara. Od początku natomiast widzimy, że Adam absolutnie tam nie pasuje. Chodzi w markowych ciuchach, jest światowy, regularnie biega w białych słuchawkach, lecz nadzwyczaj dobrze radzi sobie z trudną młodzieżą. Na początku akcja toczy się w ślimaczym tempie, póki na ekranie nie pojawia się postać zagadkowego podopiecznego księdza – Dyni (Mateusz Kościukiewicz). Historia nabiera tempa, lecz na próżno szukać hollywoodzkich zwrotów akcji. Z czasem lepiej poznajemy tajemnice księdza Adama i problemy, z jakimi się boryka.

Na wyrazy uznania bez wątpienia zasługuje Andrzej Chyra, po raz kolejny prezentujący kawał solidnego aktorskiego rzemiosła, za które został wyróżniony Złotym Lwem. Podczas kulminacyjnej sceny rozmowy z siostrą, gra na emocjach i na długo zapada w pamięć. Całość odbiera się przyjemnie, dzięki zręcznym kadrom Michała Englerta i gitarowym nutom przygotowanym przez Pawła Mykietyna.


Wielkie brawa za kolejny polski film bez tabu i bez przemilczeń. Film został doceniony na tegorocznym Berlinae oraz otrzymał aż 6 gdyńskich Złotych Lwów. Moim zdaniem „W imię” nie jest dziełem wybitnym, aczkolwiek warto zatrzymać się nad historią zagubionego Adama, historią o niemożności ukrycia prawdziwego „ja” przed środowiskiem i przed samym sobą.


niedziela, 1 września 2013

męskiegranie

Od paru ładnych lat regularnie bywam na imprezach muzycznych wszelakiej maści. Ogromnych festiwalach, jak i małych kameralnych koncertach klubowych. Oczekiwania, jakie stawiamy wobec międzynarodowego festiwalu są zgoła odmiennie niż wobec koncertu krajowego wykonawcy w miejscowym klubie, ale niezmiennie oczekujemy prawdziwości i pełnego zaangażowania od artystów. Męskie Granie to impreza absolutnie unikatowa. Impreza przełamująca wszelkie kanony i rozbijająca w pył sztuczne mury stawiane przez próby hermetycznego podziału na gatunki. Radość ze wspólnego muzykowania wręcz bije ze sceny, na której mają miejsce rzeczy absolutnie niespodziewane.



Od pierwszej edycji imprezy mocno kibicowałem Męskiemu Graniu, jednak w 2010 roku nie udało mi się pojawić na żadnym koncercie. Pierwszy raz udało się w 2011 roku na koncercie otwierającym trasę - w Żywcu, kilka tygodni później koncert w Krakowie. Podczas tegorocznej edycji przeżyłem niezapomniane chwile na pierwszym koncercie w Krakowie i uważnie śledziłem na ekranie telewizora koncert finałowy z Żywca.

Wielu nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić niebanalnych kolaboracji scenicznych, jakie mają miejsce podczas Koncertów. Weźmy Michała Urbaniaka i OSTRa. Światowej klasy jazzman, współtwórca kompozycji Milesa Davisa. Co ma wspólnego z szanowanym w swoim środowisku raperem i producentem muzyki, która wywodzi się z ulicy ? Na pierwszy rzut oka absolutnie nic. Na scenach Męskiego Grania okazuje się, że absolutnie wszystko. Muzyka jest jedna. Fuzja rapu i czystego klasycznego jazzu daje piorunujący efekt. Panowie prywatnie są bliskimi przyjaciółmi, o czym często wspominają w wywiadach i darzą się ogromnym szacunkiem i sympatią. OSTR schodząc ze sceny w Żywcu nie krył wzruszenia i miał problem z wypowiedzeniem kilku zdań do mikrofonu, mówiąc tylko, że grając z Panem Michałem spełnia swoje marzenia. Panowie nazywają się duchowym Ojcem i Synem, a ze sceny emanuje radość z dawania publiczności tego, co dla nich najważniejsze. Przez 4 edycje na scenach Męskiego Grania pojawiły się dziesiątki kolaboracji, które nie miałyby prawa zaistnieć w żadnym innym miejscu. Cała ekipa Męskiego Grania sprawia wrażenie jednej wielkiej kolorowej rodziny, której członkami są czołowi artyści polskiej sceny wielu pokoleń. Wszyscy są równi, ciepło wyrażają się o innych, bez względu na rodzaj muzyki, jaką uprawiają. Uśmiechy na twarzach, przyjacielskie gesty i uściski, świadczą o prawdziwej radości, jaką daje im udział w Imprezie tworzącej historię. I o to chodzi. 

Warto wspomnieć o kapitalnej organizacji całego przedsięwzięcia. Na scenie nie ma miejsca na choćby 3 minutowe opóźnienia. Wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Czasem na ogromnych kilkudziesięciotysięcznych festiwalach zdarzają się dość pokaźne obsuwy. Ale nie na Męskim Graniu. Brawo! Trasa działa pod patronatem radiowej Trójki, a koncerty prowadzi z ogromnym zaangażowaniem i pasją redaktor Stelmach. Całość przebiega niesamowicie płynnie, a wszystko dopięte jest na ostatni guzik.

Z całego serca dziękuję wszystkim ludziom, którzy są odpowiedzialni za organizację tego niesamowitego wydarzenia. W czasie mojej przygody z Męskim Graniem niejednokrotnie łza zakręciła  się w oku na widok tego, co miało miejsce na scenie. OSTR z urodzinowymi kwiatami dla Nosowskiej, Urbaniak w koszulce Brzydki Zły i Szczery, zbijający „żółwia” z Adamem. To tylko kilka z koncertowych wspomnień, które na zawsze pozostaną w pamięci. Oby Męskie Granie pisało historię polskiej muzyki przez długie, długie lata.







sobota, 24 sierpnia 2013

vincentgallo

vincentgallo.

Znacie artystów, którzy prężnie działają na kilku płaszczyznach artystycznego rzemiosła ? Pewnie dla większości nazwiska Lynch, czy Allen brzmią znajomo, ale pewnie nie wszyscy wiedzą, że twórca legendarnego Lost Highway jest szanowanym muzykiem na scenie eksperymentalnej, a Allen oprócz działalności filmowej, działa jako klarnecista, koncertując na całym świecie, w międzyczasie wydając zbiory kąśliwych felietonów. Ale o nich innym razem.


Poznajcie Vincenta Gallo. 

Amerykanin. Aktor. Reżyser. Scenarzysta. Model. Muzyk. Człowiek orkiestra. Ale po kolei…

Aktor.
Polskiej widowni Vincent Gallo najbardziej znany jest ze współpracy z Jerzym Skolimowskim. Artysta zagrał rolę Mohhameda w obrazie Essential Killing (2010), za którą został nagrodzony Pucharem Volpi na Festiwalu w Wenecji. Gallo zagrał również w Tetro (2009) u Francisa Forda Coppoli, a nawet zaliczył epizod w światowym klasyku - Chłopcach z ferajny (1990).  

Reżyser. Scenarzysta. 
Do twórczości Gallo dotarłem poprzez studiowanie artystycznych powiązań Johna Frusciante. Frusciante przygotował ścieżkę dźwiękową do autorskiego filmu Gallo – The Brown Bunny (2003). Historia rajdowca Budy’ego Clay’a (postać grana przez samego Gallo) wymaga od widza dużej dawki cierpliwości i zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu, aczkolwiek w moim odczuciu warto, chociażby dla samej wspomnianej wcześniej oprawy muzycznej.



Muzyk.
Podobnie jak w przypadku filmów, muzyka Pana Vincenta również nie jest przeznaczona dla szerokiej grupy odbiorców. Jeżeli jesteście w stanie znieść Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt Johna Frusciante to zachęcam do sięgnięcia po album When (2001) bohatera dzisiejszej historii. Wszystkie kompozycje utrzymane są w niszowej konwencji lo-fi, a mnie osobiście album bardzo przypadł do gustu. (http://www.mojvideo.com/video-vincent-gallo-honey-bunny/331bc15a42c31aaea63d) W ramach ciekawostki warto dodać, że Gallo zaliczył występ na scenie z takimi sławami jak Yoko Ono, czy wspomniany wcześniej kilkakrotnie Frusciante. (http://www.youtube.com/watch?v=SHLPjIKM5yU)

Bez wątpienia postać wartościowa i unikatowa. To tylko kilka z wielu twarzy artysty, a w tekście wspomniałem tylko o jego kilku subiektywnie wybranych dokonaniach. Zainteresowanych zapraszam na oficjalną stronę artysty http://www.vincentgallo.com/

               



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

thenational/troublewillfindme2013



Niektóre albumy przykuwają moją uwagę i na długo zapadają w pamięć, dzięki świetnej warstwie muzycznej i lirycznej. Inna grupa to albumy nie do końca rewolucyjne, lecz wracam do nich z czystego sentymentu. Budzą wspomnienia, wyzwalają emocje. Nowy album The National przewrotnie kwalifikuje się do obu grup.

Gentlemani z Cincinnati na nowy album kazali nam czekać 3 lata. Po, w moim odczuciu, jak najbardziej udanym High Violet, dostajemy kolejny album, którego nie mógłby nagrać nikt inny. Otwierające płytę I Should Live In Salt od razu, leniwie wylewając się z głośnika pokazuje, że mamy do czynienia ze starym dobrym brzemieniem, które znamy od lat. Kolejne kompozycje potwierdzają, że styl grupy zbytnio nie ewoluował. I dobrze! Minimalistyczna warstwa muzyczna, delikatnie zaciągające gitary, charakterystyczny zachrypnięty wokal Matta, który przyzwyczaił fanów do świetnych tekstów. Kupuję.

Wśród 13 kapitalnych kompozycji na próżno szukać radiowych hitów. Cały materiał jest bardzo stonowany i utrzymany w podobnym klimacie. W sam raz na ciepłe letnie noce. Kilka utworów mocno zapadło mi w pamięć już przy pierwszym przesłuchaniu. Rytmiczne i koncertowe Sea of Love z chwytliwym refrenem wybrzmiewa w uszach długo po przesłuchaniu, a rzewne I Need My Girl przyprawiło mnie o dreszcze. Od dawna prosty utwór, oparty na kilku gitarowych akordach nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Przepiękny, prawdziwy utwór o tęsknocie i potrzebie bliskości. Zdecydowanie numer jeden z całego materiału.


Wszystkie utwory tworzą spójną całość i dają ogromną przyjemność słuchania. Muzycznie bardzo przyzwoicie, bez fajerwerków. Lirycznie jak zwykle kapitalnie. Berninger absolutnie mnie przekonuje. Pozycja obowiązkowa.

Tak, nienawidzę Was wszystkich, którzy byliście na openerze.